index.php?topic=37



Dzisiaj:42
W tym miesiącu:179
W tym roku:9067
Ogólnie:40020

Od dnia 21-09-2006

Zapomniany słowacki rok

 
Autor: Bolesław Banaszkiewicz15.01.2010
zobacz ilustrację

Na pytanie, kto nas atakował 1 września 1939 r., przeciętny Polak odpowie, że Niemcy. Czy tylko? No, jeszcze Związek Sowiecki, ale to dopiero 17 września. Tymczasem właściwa odpowiedź brzmi: 1 września napadły na Polskę, bez wypowiedzenia wojny, Rzesza Niemiecka i Republika Słowacka, choć oczywiście dysproporcja ich potencjałów była ogromna. Istniejące od niespełna pół roku państwo słowackie było krajem wasalnym, terenem przemarszu Wehrmachtu. Jednak w nie mniejszym stopniu niż np. PRL posiadało ono atrybuty samodzielnej państwowości, dysponowało niewielkim, ale nowoczesnym wojskiem, które pod własnym sztandarem walczyło po stronie Niemiec, utrzymywało stosunki dyplomatyczne z 18 państwami, a przez kilkanaście innych było uznawane co najmniej de facto.
Przygrywką do powstania pierwszego państwa słowackiego, niestety także do polsko-słowackiego starcia we wrześniu 1939 r., była konferencja w Monachium 29 i 30 września 1938 r. W 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej prezydent RP Lech Kaczyński wypowiedział ważne słowa na Westerplatte: „Nie byliśmy w Monachium, ale jego efektem było naruszenie integralności terytorialnej Czechosłowacji. Naruszenie integralności terytorialnej, które jest zawsze złem, było wtedy, jest i dzisiaj. (...) Przyłączenie się Polski do rozbioru, w każdym razie terytorialnego ograniczenia ówczesnej Czechosłowacji, było nie tylko błędem, było grzechem”. Gdyby zapytać, na czym polegał ów polski grzech, większość Polaków, którzy mają jakie takie pojęcie o historii, wymieni Zaolzie, czyli obszar należący dziś do Republiki Czeskiej. Mało kto wspomni o tym, że w wyniku Monachium Czechosłowacja została zmuszona do ustępstw terytorialnych także na pograniczu polsko-słowackim: w rejonie Czadcy, na Orawie i Spiszu.
Rzadko przypomina się u nas o czeskich i słowackich żołnierzach, którzy zbiegli do naszego kraju po likwidacji armii czechosłowackiej wiosna 1939 r. i tworzyli tu Legion Czeski i Słowacki, aby walczyć o restytucję wolnej Czechosłowacji. Zupełnie nieznana jest u nas (na Słowacji zresztą też) postać Ladislava Szatmary’ego – słowackiego ambasadora w Warszawie, który we wrześniu 1939 r. potępił agresję i poparł nasz kraj.
Niepamięć lub zwykła niewiedza wydaje być jednak większa po drugiej stronie. Oto np. niedawno słowacki prezydent Ivan Gaszparowicz podczas spotkania z naszym prezydentem z zadowoleniem mówił, że... Słowacy nie mieli żadnych konfliktów z Polakami. A przecież historia etnicznej mozaiki, napięć i korekt granicznych w pasie Kysuce-Orawa-Spisz od końca I wojny światowej aż do 1958 r. jest coraz dokładnej opisywana w polskiej i słowackiej historiografii. To samo dotyczy udziału wojsk słowackich w najeździe na Polskę we wrześniu 1939 r.
Tutaj skonstatujmy jedynie, że jesienią 1938 r. polskie żądania terytorialne na odcinku słowackim fatalnie zaciążyły na nastawieniu do Polski wielu Słowaków i elity politycznej przyszłego państwa. Niewielki i nie mający większego wojskowego ani gospodarczego znaczenia przyrost terytorialny kosztem Słowacji – ostatecznie wyniósł on 226 kilometrów kwadratowych, zamieszkałych przez niewiele ponad 4 tys. ludzi, wśród których znaczną część stanowili górale, uważani przez polski MSZ za „uśpionych Polaków” oraz Rusini – był dla Warszawy ważniejszy niż strategiczna szansa polsko-słowackiego partnerstwa. A to mogłoby stać się czymś zupełnie realnym ze względów etnicznych, wzajemnych sympatii i geopolitycznych interesów.
Nie trzeba było wielkiej dalekowzroczności, aby dostrzec wtedy bezpośrednie niebezpieczeństwo zwasalizowania Słowacji przez Niemcy i zaatakowania naszego kraju przez Wehrmacht także od południa. Tymczasem prestiżowe żądania terytorialne wielkiej Polski, która marzyła o posiadaniu wspólnej granicy z Węgrami, wysuwane wobec małej i nękanej węgierskim rewizjonizmem Słowacji powodowały, że polonofilskie do niedawna nastroje w opiniotwórczych kręgach słowackich, w tym w niepodzielnie rządzącej od jesieni 1938 r. narodowo-katolickiej Hlinkowej Słowackiej Partii Ludowej (HSPL), odwróciły się o 180 stopni. Polska zaczęła być postrzegana jako mocarstwo wrogie Słowacji i sojusznik jej głównego wroga, czyli Węgier, które na dobre nie pogodziły się z powojenną utratą Felvidék – „tymczasowo odłączonych ziem północnych”, jak mawiano tam o całym obszarze Słowacji, i które po Monachium, w wyniku tzw. pierwszego arbitrażu wiedeńskiego, anektowały ponad 20% terytorium Słowacji z 854 tys. mieszkańców, w tym historyczne miasta Komarno i Koszyce, a miały apetyt także na Bratysławę i Nitrę. Gdyby po Monachium nie było po stronie słowackiej zdecydowanej woli podmiotowości, rozbiór reszty Czecho-Słowacji między horthy’owskie Węgry i hitlerowskie Niemcy byłby zapewne kwestią kilku lub kilkunastu tygodni. Nawet proklamowanie w marcu 1939 r. niepodległego państwa słowackiego, notabene natychmiast uznanego przez Węgry (dzień później także przez Polskę), nie powstrzymało budapeszteńskiego reżimu od próby siłowego wypełnienia militarnej próżni, jaka w tym czasie powstała w związku z rozpadem armii czechosłowackiej. Dzięki twardej postawie Słowaków i 29 poległym po ich stronie skończyło się „tylko” na węgierskiej aneksji ok. 1 700 kilometrów kwadratowych na wschodzie Słowacji, a ponadto całej Rusi Podkarpackiej (która w ramach pierwszej Republiki Czechosłowackiej była wyodrębnionym administracyjnie krajem obok Słowacji, Moraw wraz z południowym skrawkiem Śląska i Czech właściwych). W ten sposób Węgry uzyskały wspólną granicę z Polską.
Groźba rozbioru Słowacji była na początku 1939 r. realna także dlatego, że obok mniejszości węgierskiej istniała tam dobrze zorganizowana mniejszość niemiecka. Mało znany jest fakt, że w wyniku Monachium Czechosłowacja musiała odstąpić Rzeszy nie tylko znaczne tereny zamieszkałe przez tzw. sudeckich Niemców w Czechach i na Morawach, lecz także skrawek Słowacji między Wiedniem a Bratysławą, z jej przedmieściami Petrżalką i Devinem. W połowie zaś marca 1939 r. Wehrmacht nie zatrzymał się na wschodniej granicy Moraw, lecz obsadził także przygraniczny pas po stronie słowackiej. Jednocześnie Ribbentrop sondował możliwość przyznania Polsce terytorialnej „rekompensaty” kosztem Słowacji w zamian za Gdańsk i „korytarz przez korytarz”, co Beck oczywiście odrzucił. Z drugiej strony Słowacja kilka miesięcy później nie przyjęła niemieckiej oferty uzyskania korzyści terytorialnych kosztem naszego kraju ponad to, co wcześniej straciła. (…)
O tym, że Słowacy to nie Czesi, Hitler dowiedział się podobno po raz pierwszy dopiero w związku z konferencją monachijską. Na początku stulecia nikogo nie mogło dziwić, kiedy Żeromski w „Popiołach” pisał, że Helena bawiła „u wód w Bardyjowie na Węgrzech”, mając na myśli sławne uzdrowisko w północnej Słowacji, blisko dzisiejszego przejścia granicznego w Barwinku. Wszak jeszcze w latach osiemdziesiątych Polacy chętnie bywali w „czeskich Tatrach”.
Słowacką niepodległość formalnie proklamowano w Bratysławie 14 marca 1939 r. – niewiele godzin przed ową fatalną nocą, kiedy bliski załamania prezydent drugiej Republiki Czecho-Słowackiej Emil Hacha podpisał w Berlinie akt, w którym „los czeskiego narodu i kraju z pełną ufnością składa w ręce Wodza Rzeszy Niemieckiej”. Hlinkowcy z ks. Tiso na czele chcieli raczej odłączenia Słowacji na drodze legalistycznej, jednak presja i intrygi ze strony Niemiec poniekąd wymusiły moment i sposób ogłoszenia niepodległości. Hitler, który od czasu Monachium czekał na sprzyjającą okazję do definitywnej likwidacji Czechosłowacji, potrzebował bowiem potwierdzenia swojej tezy o rozpadzie tego państwa od wewnątrz, aby nie drażnić mocarstw zachodnich ponad niezbędną potrzebę.
Wszystko zaczęło się jednak niespełna pół roku wcześniej, kiedy to niemiecko-włosko-francusko-brytyjski dyktat monachijski przesądził o gospodarczej zapaści Czechosłowacji i de facto oznaczał nieograniczone uznanie jej za niemiecką sferę wpływów. Radykalnie podważając polityczny autorytet Pragi, paradoksalnie stworzył też sprzyjające warunki do spełnienia słowackich postulatów autonomii. To, czego Słowakom odmawiała pierwsza Republika Czechosłowacka – unitarne państwo na czele z T. G. Masarykiem, a następnie E. Beneszem, hołdujące koncepcji jednego narodu czechosłowackiego – stało się możliwe zaraz po abdykacji prezydenta Benesza, u progu tzw. drugiej Republiki Czecho-Słowackiej, w ramach której Słowacja uzyskała daleko posuniętą autonomię. Za jej sprawą już na jesieni 1938 r. rozpoczęły się tam rządy oparte na faktycznym monopolu jednej partii. Oprócz panującej HSPL mogły działać tylko dwie partie mniejszości narodowych – węgierskiej i niemieckiej. Paramilitarne ramię partii rządzącej stanowiła Hlinkowa Gwardia. Już wtedy tworzono zręby autorytarnego reżimu, który skądinąd do końca swego istnienia okazał się mniej represywny wobec politycznych przeciwników niż od 1948 r. czechosłowacki reżim komunistyczny wobec swoich rzeczywistych i domniemanych wrogów, w tym słowackich towarzyszy oskarżanych o nacjonalistyczne odchylenie.
Już jesienią 1938 r. rozpoczął się też najbardziej haniebny rozdział polityki hlinkowców, jakim było prześladowanie niewielkiej liczebnie (ok. 3% ogółu ludności), ale silnej ekonomicznie i na ogół prowęgiersko nastawionej mniejszości żydowskiej. Pierwszym urzędowym aktem o antysemickim ostrzu były, podjęte na początku listopada 1938 r., decyzje autonomicznego rządu ks. Jozefa Tiso (wkrótce pierwszego premiera, a od września 1939 r. prezydenta państwa słowackiego) o przymusowym przesiedleniu Żydów nie posiadających słowackiego obywatelstwa lub stałego miejsca pobytu na tereny, które miały zostać przekazane Węgrom. Po proklamowaniu niepodległości antysemicka machina ustawodawcza i administracyjna pracowała już pełną parą. Państwo, które oficjalnie odwoływało się do wiary chrześcijańskiej, na czele którego stał katolicki duchowny i doktor teologii moralnej, rządzone przez partię, która nosiła imię wybitnego kapłana i polityka Andrieja Hlinki, w tzw. kwestii żydowskiej nie tylko nie wzdragało się przed naśladowaniem pogańskiego reżimu nazistowskiego, lecz wręcz chełpiło się tym, że ma „najlepsze w Europie” ustawodawstwo antyżydowskie. Klimat masowej „aryzacji” przedsiębiorstw, która często była złotą żyłą dla różnej maści politycznie „ustawionych” hochsztaplerów, oraz grozę nieludzkiej deportacji przypomina nagrodzony Oscarem czechosłowacki film „Sklep przy głównej ulicy” (1965) z Idą Kamińską w głównej roli kobiecej.
Zagorzałymi promotorami akcji „przesiedlenia żydowskiej siły roboczej” na tereny okupowane przez Niemcy, realizowanej przez słowacką administrację i Hlinkową Gwardię w 1942 r., byli m. in. premier Vojtech Tuka oraz jego zastępca, minister spraw wewnętrznych i szef Hlinkowej Gwardii Alexander Mach – czołowi eksponenci radykalnego skrzydła HSPL. Za każdą „przejmowaną” osobę Niemcy żądały od Słowacji zapłaty, cynicznie zwanej „opłatą osadniczą”, w kwocie 500 marek niemieckich (ostatecznie strona słowacka zapłaciła mniej). Godzi się wspomnieć, że dyplomacja watykańska bezskutecznie interweniowała u prezydenta Tiso, nie mając wątpliwości, że deportacje oznaczają wysyłanie ludzi na pewną śmierć. Dodajmy też, że ks. Andriej Hlinka, zmarły latem 1938 r., nie może być obciążany odpowiedzialnością za taki kurs swoich następców; w sierpniu 1936 r. mówił on w wywiadzie dla jednej z żydowskich gazet tak: „Nie jestem wrogiem żydów, partia, której przewodzę, nie jest antysemicka. Antysemityzm nie jest naszym programem. Jako katolicki ksiądz jestem w pełni świadom, jak wielkie moralne, religijne i historyczne znaczenie ma żydostwo dla całej cywilizowanej ludzkości, zwłaszcza dla chrześcijaństwa”. Wspomnijmy jeszcze, że wiele osób i instytucji angażowało się w działania na rzecz ochrony poszczególnych osób i grup przed deportacją, co notabene w państwie słowackim nie wymagało takiego heroizmu jak na okupowanych ziemiach polskich.
W niektórych publikacjach szacuje się, że słowackie deportacje Żydów w 1942 r. objęły ok. 58 tys. osób. Druga fala deportacji była realizowana na Słowacji przez okupacyjne siły niemieckie od września 1944 r., tj. po wybuchu powstania, i objęła ok. 13,5 tys. osób.
W drugiej Republice Słowackiej, istniejącej od 1993 r., nakazem politycznej poprawności jest nadal rytualne potępienie tamtej pierwszej („klerofaszym” itp.) albo milczenie o niej. Oficjalna pamięć o owych skomplikowanych latach narodowych dziejów wydaje się być redukowana do uroczystych obchodów kolejnych rocznic Słowackiego Powstania Narodowego, przedstawianego według niezmiennego, uproszczonego schematu. Poza głównym nurtem opinii publicznej funkcjonują gloryfikatorzy ks. Tiso (straconego w 1947 r. na mocy wyroku Narodowego Sądu w Bratysławie) i jego współpracowników.
Na dłuższą metę nie da się jednak uciec od owego ważnego i wielowymiarowego doświadczenia Słowaków, jakim było ich pierwsze własne państwo. (…)
Wydaje się, że wcześniej czy później problematyka pierwszej Republiki Słowackiej stanie się tam – w takiej lub innej postaci – przedmiotem zainteresowania szerokiej opinii publicznej i polityków.


Bolesław Banaszkiewicz

Na zdjęciu ks. Tiso przyjmuje defiladę


Drukuj |
 
  © Bunt Młodych Duchem