Gdy zaprzyjaźniłem się bardziej z pastorową Barbarą Stahlową, zapytałem ją, czy uczono ją takiej piosenki socrealistycznej: „Hej, wy, konie, rumaki stalowe, hej, na pola prowadźcieże nas...” Odpowiedziała, że oczywiście kojarzono ją także z powieścią radziecką „Jak hartowała się stal”. Owe dowcipy przypomniały mi się, gdy w pewną listopadową niedzielę spotkałem się z Basią w siedzibie konsystorza Kościoła ewangelicko-reformowanego w RP w Warszawie przy alei „Solidarności”. Okazją do spotkania była książka poświęcona pamięci jej męża, księdza Jerzego Stahla, niedawno wydana przez Wydawnictwo Naukowe „Semper” pod tytułem „Zwykły, niezwykły”. Ksiądz Jerzy zmarł 12 lat temu. Można by powiedzieć, że w sile wieku, bo mając dopiero 58 lat, gdyby nie to, że chorował już właściwie od dawna, był po dwóch zawałach i chorobie nowotworowej. Do końca był jednak czynny w swoim Kościele, do końca służył mu swoim charakterem, więc kiedy nagle zasłabł przed niedzielnym nabożeństwem i nie dało się go odratować, ta śmierć spadła jak grom z jasnego nieba. Dramaty małego Kościoła I stała się dla tego polskiego Kościoła stratą olbrzymią. Przede wszystkim z racji – nazwijmy to tak – ilościowej: polski Kościół ewangelicko-reformowany maluczki jest obecnie. Ma polską historię znakomitą: był za czasów rozkwitu reformacji potęgą religijną. Jeszcze w międzywojniu dwie niezależne od siebie jego „jednoty”, warszawska i wileńska, liczyły razem przeszło 30 tysięcy członków. Po wojnie jest to jednak jeden z najmniejszych Kościołów mniejszościowych: 4 tysiące wiernych (luteran mamy ok. 80 tysięcy, prawosławnych przeszło pół miliona). Liczba polskich duchownych reformowanych jest obecnie jednocyfrowa, gdy zatem umrze jeden ksiądz, strata jest mniej więcej taka, jaką przeżyłby polski Kościół rzymskokatolicki, gdyby nagle zmarło mu księży kilka tysięcy! Na domiar dramatu umarł pół roku wcześniej inny duchowny Kościoła reformowanego: ks. Bogdan Tranda. W rezultacie ze starszego, „wiodącego” pokolenia duchownych został tylko dziś już emerytowany biskup Zdzisław Tranda. A obaj zmarli byli nie tylko starsi wiekiem. Stanowili duże indywidualności, choć całkiem różne. Ksiądz Bogdan był typem polemisty. Swego czasu dyskutował ostro z teologami katolickimi. Myśląc chyba głównie o naszych dogmatach mariologicznych, pytał: „Skąd wy to wszystko wiecie?” Co oczywiście znaczyło, że nie z Biblii. Mimo jednak tego polemicznego nastawienia redagowane przez księdza Bogdana pismo Kościoła, miesięcznik „Jednota”, było bardzo myślowo otwarte, naprawdę „poświęcone ewangelicyzmowi i ekumenii”, jak głosi podtytuł. A ksiądz Bogdan przerzucił z czasem główny ciężar swojej polemiki z katolicyzmu na komunizm: „Jednota”, podobnie jak cały jej Kościół, dołączyła do rosnącej w siłę opozycji politycznej. Była jednym z nielicznych pism, które – gdy liberalizująca się jednak trochę władza PRL stworzyła taką możliwość – zaznaczała ingerencje cenzury. A – jak tu już nieraz pisałem – antyrządowość była postawą tym trudniejszą, im mniejszy był jej podmiot. W przypadku polskiego Kościoła reformowanego wymagało to chwilami nerwów ze stali. Czy też raczej takiegoż charakteru. Książka, od której zacząłem to pisanie, składa się przede wszystkim ze wspomnień o jej bohaterze. Napisali współwyznawcy i przyjaciele innych wyznań. Cenny to dla mnie materiał do tego felietonu, bo choć i mój tekścik jest wśród owych wspomnień, to – jak w nim zaznaczyłem – księdza Jerzego znałem dość mało, nie na tyle, by pokusić się o własną charakterystykę jego osoby.
Trochę życiorysu Ale przed psychologią trochę faktografii. Fakt z najwcześniejszego dzieciństwa: malutki Jurek zostaje wywieziony z matką do lagru do Petersdorfu, dzisiejszych Piechowic, w okolice dzisiejszej Jeleniej Góry. Gdyby jacyś Niemcy nie zlitowali się nad ciężko chorym dzieckiem i nie podleczyli go w szpitalu w dzisiejszych Cieplicach, pewnie nie przeżyłby tamtego koszmaru. Owe przeżycia zaważyły może na dalszym jego zdrowiu. Póki co jednak, uczył się normalnie, studiował. Wyższe studia zaczął od politechniki, jednak ich nie ukończył, bo poczuł powołanie duszpasterskie. Po studiach na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej został ordynowany na pastora. Jeszcze w czasie studiów, oczywiście tych teologicznych, dojeżdżał z rodzinnej Warszawy do zborów w Żyrardowie i Żychlinie koło Konina. Te dojazdy to szczegół biograficzny bardzo częsty w przypadku niemal wszystkich Kościołów mniejszościowych w Polsce: tylko prawosławni na Białostocczyźnie i luteranie na Śląsku Cieszyńskim nie żyją w diasporze (rozproszeniu): być duchownym znaczy tam podróżować. Stahl był krótko też wikariuszem w parafii warszawskiej, a potem długo, w latach 1974-1986, proboszczem w Łodzi. Długo – aż przez pięć kadencji – był również radcą duchownym pięcioosobowego konsystorza swojego Kościoła. Tu szczegół strukturalny ciekawy: naczelna władza wykonawcza jest u reformowanych wyjątkowo zeświecczona: na czele pięcioosobowego grona stoi formalnie jako prezes nie biskup, tylko osoba świecka, nieraz kobieta, czemu nie? Co prawda, biskup musi być mężczyzną, ale polscy reformowani dokonali wśród naszych protestantów wyłomu feministycznego: ordynowali panią pastorową, Jelinkową, która wraz z mężem pastorem pasie dusze w Zelowie. Luteranie polscy nie odważyli się dotąd na taką innowację, choć czeka na nią sporo pań będących diakonami, które – podobnie jak diakoni rzymskokatoliccy – mogą przewodniczyć nabożeństwu, ale nie eucharystycznemu. W życiorysie księdza Jurka odnotować też trzeba koniecznie jego działalność kościelną „niezakrystyjną”. Pastorował w Łodzi także w stanie wojennym, więc włączył się serdecznie w pomoc internowanym, bez względu na wyznanie. Obecny zwierzchnik jego Kościoła biskup Marek Izdebski wspomina: „Więźniom politycznym osadzonym w Łowiczu dostarczał paczki z odzieżą, żywnością i medykamentami. Wymagało to z jego strony specjalnych starań, gdyż nie było tam ewangelików i nie miał wstępu na teren więzienia”. Nawiązał więc współpracę z jezuitą, ojcem Stefanem Miecznikowskim (łatwo nawiązywał przyjaźnie międzywyznaniowe) i używał jego pośrednictwa. Zajmował się też rodzinami internowanych z Podbeskidzia, za co otrzymał pamiątkowy medal od „Solidarności”.
Pastor, czyli pasterz Tyle o dziełach, teraz o duszy. Ksiądz Jerzy ostrym polemistą nie był, był duszpasterzem. Wspomina Monika Kwiecień, która współpracowała z nim jako sekretarz redakcji „Jednoty”: „Wraz z upływem czasu cenię coraz bardziej lekcje, które w naturalny sposób wynikały z kontaktu z nim, z tego, jakim był człowiekiem i jaki był wobec ludzi. Cechował go niebywały wdzięk, połączony z niezdawkową dobrocią. W czasach, gdy dobroć, grzeczność czy wielkoduszność kwitowane są mianem słabości, warto pamiętać, że kierował się ewangelicznymi zasadami i był im wierny. Miał kręgosłup ze stali, samodyscyplinę i urocze poczucie humoru. Był duszpasterzem w każdym calu. Mężnie wychodził na spotkanie męczyduszy, przed którym wszyscy chowaliśmy się po kątach, bo widział samotnego człowieka, szukającego pomocy i bliskości”. Monika wspomniała też swego dawnego szefa tak: gdy jeszcze nie był formalnie pracownikiem „Jednoty”, „współtworzył pismo od podszewki: kleił makietę, robił skrupulatną korektę, wspomagał swoją żonę Barbarę, która była przez lata sekretarzem redakcji, i księdza Bogdana. Ale jako redaktor naczelny pisać do „Jednoty” nie chciał. Za często mnie drukujecie – mówił i nie było w tym mizdrzenia się”. Pracując od przeszło pół wieku kolejno w kilku redakcjach, wiem, że mało który naczelny nie lubi być zewnętrznie na czele, mało który martwi się przede wszystkim o to, żeby kto inny gościł na łamach. Pasuje mi tu inny szczegół z jego biografii. Wspomniał biskup Zdzisław Tranda, że ksiądz Jerzy nigdy nie chciał kandydować na urząd biskupa, mimo takich propozycji. A przecież chyba nie tylko do mojego Kościoła pasuje księży dowcip, że jest jakiś paradoks: nieraz brakuje powołań duchownych, ale nigdy biskupich... Może jednak określenie, że miał kręgosłup ze stali, oznacza tylko, że miał na wodzy własne „ego”. Owszem, nawet w jednym z kazań zamieszczonych w książce napisał: „Ja, mnie, dla mnie, moje – jakże trafnie nazwał ktoś te zaimki agresywnymi”. Ale to jeszcze nie zaraz stalowość charakteru, do tego trzeba także odwagi cywilnej, by kogoś „podkręcić”. We wspomnieniach powtarza się jednak opinia, że ten duszpasterz umiał zdobyć się na taką twardość. Tylko, że zawsze taktownie. Mnie też kiedyś tak delikatnie pouczył, a było to konieczne.
Jan Turnau
|