index.php?topic=37



Dzisiaj:38
W tym miesiącu:175
W tym roku:9063
Ogólnie:40016

Od dnia 21-09-2006

Przed wielką rocznicą – luźne refleksje wokół Grunwaldu i „Krzyżaków” Sienkiewicza

 
Autor: Marceli Kosman23.06.2010
nr 54 (2/2010)

Wielka wojna z lat 1409 – 1411 dzięki znakomitemu – i konsekwentnie zrealizowanemu – programowi militarnemu strony polsko-litewskiej toczyła się na ziemiach państwa zakonnego, co przy ogromnym wyniszczeniu jego terytoriów pozwoliło uchronić przed skutkami wojny tereny Królestwa i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Odwołajmy się tu do opinii znakomitego mediewisty wileńsko-poznańskiego. Otóż Henryk Łowmiański pisze:

Utrzymanie się w tych warunkach [tzn. po pokoju toruńskim 1411 r. – M. K.] państwa krzyżackiego wygląda na wyraźny jego sukces, który można przypisać następującym okolicznościom: 1) przemianom społecznym w Polsce i osłabieniu tradycyjnego systemu wojskowego opartego na pospolitym ruszeniu rycerstwa przy braku chęci do łożenia kosztów na formacje wojskowe nowego typu, złożone z zaciężnego żołnierza; 2) sile obronnej murowanych zamków i miast krzyżackich; 3) wyprzedzeniu Polski przez Zakon w zakresie wykorzystania żołnierza zaciężnego; 4) wycofaniu się Litwy z dalszej walki po zawarciu pokoju melneńskiego w 1422 r.; 5) skonsolidowaniu znacznej części społeczeństwa (w szczególności niemieckiego) pod egidą Zakonu i w ramach jego państwowości.

Inny badacz, Stefan Maria Kuczyński wysoko ocenia intuicję Sienkiewicza jako badacza przeszłości, wyżej stawiając go niż zawodowych historyków, w tym i Karola Szajnochę, bo precyzyjnie wyliczał jej kolejne etapy, ze zrozumieniem dla wizji artystycznej, chociaż Sienkiewicz dokonał pewnego uproszczenia w dynamicznym obrazie bitwy.

Grunwald należy do historii, ale należy też do kultury politycznej kolejnych epok w dziejach Polski, a więc podlegającej zmianom. Musimy jednak eliminować ziarno od plew, wartości potwierdzone źródłowo od populizmu i zwykłego nieuctwa. Tego nie brakowało w czasach nowożytnych, zwłaszcza poczynając od upadku Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w 1795 r. aż po dzień dzisiejszy i – nie mam złudzeń – będziemy jego świadkiem wkrótce, w roku sześćsetlecia wielkiej wiktorii. Zwłaszcza jeżeli w dalszym ciągu będzie harcować ideologia polityki historycznej. Na szczęście – obym miał rację – coraz bardziej słabnąca a na pewno blednąca. Przy tym nie należy mylić praw historii i edukacji historycznej, która w czasach Henryka Sienkiewicza, a zwłaszcza w jego wykonaniu służyła szczytnemu celowi „pokrzepienia serc”. Wizja artystyczna ma swoje prawa i ku manowcom prowadzą erudycyjne rozprawy uczonych mężów, których szkiełko i oko wykazuje odstępstwa powieściopisarza od ich precyzyjnych ustaleń. Zresztą te również nie są wieczne, nierzadko ulegają weryfikacjom i reinterpretacjom. Na tym miejscu godzi się przypomnieć napisaną z pełnym obiektywizmem syntezę Hartmuta Boockmanna. Ten urodzony w Malborku historyk (zachodnio) niemiecki (München 1981), którego przystępnie napisane dzieło ukazało się również w polskim przekładzie (1998), poświęcił wiele miejsca powieści Sienkiewicza. Pisze o niej z wielkim uznaniem, co nie oznacza, że w oparciu o aktualny stan badań miałby ukazywać podobnie jak on obraz Zakonu oparty na XVIII-wiecznej wizji grozy.

Po zakończeniu drugiej wojny światowej propaganda obu stron zwracała uwagę na krzywdy, zbrodnie, wypędzenia. Po znakomitej ekranizacji Aleksandra Forda z 1960 r., która upamiętniła 550-lecie zwycięskiej bitwy, w nowej sytuacji politycznej (droga od tysiąclecia zmagań poprzez millenium sąsiedztwa i współpracy do chrześcijańskiego hasła kochajmy się!) powstał przed paru laty zamysł nowej ekranizacji Krzyżaków, nie tylko w ujęciu technicznym (to byłoby możliwe), ale zapewne i radykalnej zmiany scenariusza. Na szczęście – miejmy nadzieję – rzecz nie wyszła poza projekt, podobnie jak zamysł stworzenia komedii o zakonie krzyżackim pt. ,,1409 – czyli afera na zamku Bartenstein”.

Czasy nawiązania związku państwowego między Polską i Litwą pasjonowały Sienkiewicza od wczesnej młodości, kiedy to niespełna dwudziestolatek, podówczas guwerner w Poświętnem nosił się z zamiarem napisania „szkicu historycznego pt. Spytko z Melsztyna – miała to być półpowieść, pół-historia. Przedmiot dosyć się nadaje. Opisów mogę wsadzić mnóstwo – a trzeba mieć trochę więcej źródeł, niż ja mam do tej pory”. Skończyło się, chyba na szczęście, na pomyśle młodzieńca. Ten jednak przez całe życie się uczył i z tematu w następnych dziesięcioleciach nie rezygnował. Wrócił do niego już jako mistrz pióra znany nie tylko w kraju, ale i na świecie. Miał za sobą największe osiągnięcie, to jest „Trylogię”, którą zakończył deklaracją „dla pokrzepienia serc”, kiedy u schyłku XIX wieku dojrzał pomysł panoramicznego obrazu z okresu przełomowego dziejów ojczystych, prawdziwej epopei. Przy tym, początkowo obawiając się restrykcji ze strony cenzury rosyjskiej, zdobył przeświadczenie, że ta nie będzie przeciwna ukazaniu Drang nach Osten w związku ze wzrastającym napięciem między Petersburgiem i Berlinem. W tzw. międzyczasie (1875-1877) powstał i zyskał sławę Grunwald Jana Matejki, pojawiła się (l874) powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego pt. „Krzyżacy 1410”, którą Sienkiewicz – przy całym szacunku dla starszego kolegi – potraktował jako nie w pełni wykorzystanie znakomitego tematu.

Pracę zintensyfikował po 1890 r., kiedy odbywając konsultacje z wybitnymi krakowskimi mediewistami potrzebował wielu książek z bibliotek podwawelskich. Grunwald miał być – i tak się stało – osobnym epilogiem, zaś akcja właściwa miała zakończyć się opisem oblężenia Wilna przez Krzyżaków, ale ostatecznie została zbliżona znacznie w czasie do wielkiego zwycięstwa, a ostatnie bodaj oblężenie stolicy Giedyminowiczów stało się okazją do wspomnień rycerzy bogdanieckich wracających z Litwy w domowe pielesze. Do przyjaciela Mścisława Godlewskiego pisał autor dnia 7 kwietnia 1894 r. z ulubionego uzdrowiska w podwiedeńskim Kaltenleutgeben: „Połanieckich piszę mocno. Na spacerach układam sceny z «Quo vadis» – a na dalekim horyzoncie rysują mi się «Krzyżacy»”.

Około 21 marca 1896 r., gdy miał za sobą „to i owo” z lektur, zabiera się naprawdę do źródeł z przełomu XIV i XV wieku. Miała to być „ostatnia robota” zmęczonego niewiarygodną harówką pisarza, który nie chciał się tak zmęczyć jak podczas pracy nad „Quo vadis”. Dlatego nie chciał nic dawać do prasy, zanim nie napisze tekstu na znaczną ilość odcinków, tak aby nie czuł na plecach oddechu popędzających go redaktorów gazet. Pisał swoim zwyczajem w ustawicznych podróżach, na krótko przed ukończeniem „Krzyżaków” odwiedził Wielkopolskę, usiłował też bezskutecznie w „konspiracji” udać się na pole grunwaldzkie.

Powieść, drukowana w odcinkach równocześnie pod trzema zaborami, od pierwszej chwili zdobyła ogromny rozgłos, jej autor zaś – wkrótce (1905) laureat literackiej nagrody Nobla, pełnił rolę jednego z moralnych przywódców pozbawionego niepodległości narodu. Swój autorytet wykorzystał w dobie wzmożonej germanizacji do piętnowania na arenie międzynarodowej pruskiego bezprawia w listach otwartych, m. in. do cesarza Wilhelma II, oraz firmował skierowaną do wybitnych osobistości świata ankietę, której wyniki zostały opublikowane w tomie „Prusy i Polska” (1909). Kiedy zaś nadeszła w połowie 1910 r. pięćsetna rocznica Grunwaldu, również wówczas zaangażował się w organizację obchodów, choć raczej starał się działać zakulisowo i ostatecznie nie wziął w nich udziału, tłumacząc pobytem na kuracji w Baden. Centralnym punktem było odsłonięcie na Placu Matejki monumentalnego Pomnika Grunwaldzkiego dłuta Antoniego Wiwulskiego, na którego rzecz w kilku ratach przekazał 1000 koron. W liście do prezydenta miasta Juliusza Leo zapewnił o swym duchowym udziale wraz z rodakami, którzy „w skupieniu i powadze, godnej jej majestatu, czerpią z przeszłości nadzieję na przyszłość”.

A wcześniej w numerze 155 „Gazety Warszawskiej” opublikował porywający esej o nadchodzącej rocznicy, w którym zwrócił uwagę na jej doniosłą rolę w przeszłości i w chwili obecnej, pisząc pod koniec: „Grunwald, moim zdaniem, powinien być wielkim, dostojnym i poważnym świętem narodowym o dwu obliczach, z których jedno zwraca się w przeszłość ze smutnymi na ustach słowy: nessun maggior dolore...* – drugie patrzy w przyszłość z otuchą i wiarą, że dzieje narodu naszego nie zamknęły się jeszcze i że po chwilowym upadku musi nastąpić odrodzenie”. n

*„Nie ma dotkliwszej boleści” – stanowi pierwszy człon włoskiego zwrotu, którego dalszy ciąg brzmi: „niźli dni szczęścia wspominać w niedoli” – Red.


Drukuj |
 
  © Bunt Młodych Duchem